Wypowiedź anonimowa:..1/3 doktorantów dostaje stypendia? Ciekawe
gdzie. Na moim wydziale - 1/10. Czyli jakieś trzy osoby na 7 instytutów.
Kilkanaście lat temu taka sama liczba pracowników naukowych uczyła 15
studentów na roku. Teraz jest ich ponad setka. Wszyscy wykładowcy mają
setki nadgodzin, bo to tańsze niż zatrudnienie kolejnej osoby. A potem
czyta się narzekania na dramatycznie spadający poziom wykształcenia
absolwentów.
Stypendium doktoranckie wynosi 1,2 tys zł, konkursy na etaty są raz na
kilka lat, najpierw i tak jest się zatrudnianym na czas określony, więc
na pierwszą stałą pracę z pensją 1,7 tys. na rękę można liczyć dopiero
po 30. Jako adiunkt z habilitacją zarabia się poniżej średniej krajowej.
W Niemczech - jej dwukrotność. Przekracza się średnią dopiero zostając
profesorem. Ale i tak zarabia się maksymalnie o 2 tys. zł mniej niż
wynosi średnia w Orlenie (nie licząc zarządu).
Nie ma czasu na badania naukowe, bo pani minister wymyśla kolejne
"reformy" polegające na tym, że do tabelki A należy przekopiować treść
tabelki B, bo jak wypiszemy 5 umiejętności, które ma nabyć student na
kursie, nagle poszybujemy w rankingach o 100 miejsc w górę. A ponieważ
"świadczymy usługi edukacyjne" jak student będzie czuł, że posiadł
jedynie 4 z nich, poskarży się w anonimowej ankiecie, której wyniki mają
decydować o przedłużeniu zatrudnienia. Nawet jeśli student nie był na
żadnym wykładzie i nie zdał egzaminu.
Kolejne reformy mają na celu standaryzację programów nauczania. Więc
zamiast specjalizacji ośrodków, opartej na silnych lokalnych
środowiskach i wieloletnich tradycjach badań nad daną dziedziną będziemy
mieli szkółki wyższe pozbawione jakiejkolwiek autonomii naukowej.
Mimo to każdą racjonalną krytykę Kudryckiej opisuje się jako ataki
pogrążonych w apatii "złogów PRL", walczących o utrzymanie swoich
przywilejów, nie prowadzących żadnych badań, pracujących na czterech
etatach. Bo przecież profesorowie są jak górnicy, jeśli protestują, to
znaczy, że reforma trafiła w czuły punkt i należy ją kontynuować. A my
nawet nie możemy zastrajkować! Bo młodzi - doktoranci, asystenci na
trzyletnich kontraktach, którzy są w najgorszej sytuacji nie będą
ryzykowali, że jako pieniacze zostaną odrzuceni w kolejnym konkursie. A
reszta nie ma gwarancji zatrudnienia i gigantycznych odpraw jak
górnicy.
Moje rówieśnice zarabiają w korporacjach kilka razy więcej niż ja,
wykonując pracę do której nawet nie trzeba mieć wyższego wykształcenia.
Ja dostaję na rękę tyle, ile są warte dwie pary butów, w których
przychodzą na zajęcia moje studentki. Dorabiam, biorę fuchy, ale to nie
tak powinno wyglądać...