Mateusz Mrozek, przewodniczący
Parlamentu Studentów Rzeczpospolitej
Polskiej proponuje, by w
ustawę o szkolnictwie wyższym wpisać
maksymalną liczbę dyplomantów przypadających na jednego promotora, np.
20 studentów, co z pewnością ukróciłoby patologię.
Uczelnie jednak uważają, że profesor musi zarobić. Na udawaniu?
Według NIK uczelnie autonomicznie ustalają, jak
wynagradzać pracowników za opiekę nad dyplomantami. Najczęściej dopisują
im do pensum dodatkowe godziny dydaktyczne. W dobie niżu
demograficznego to jeden ze sposobów na łatanie pensji wykładowców.
Prof. Marek Rocki, szef Polskiej Komisji Akredytacyjnej, która sprawdza
jakość nauczania na uczelniach, nie ma wątpliwości, że są powody do
obaw. Jeszcze gorzej jest na uczelniach niepublicznych. - Tam spada
liczba studentów, więc maleje kadra. A prace trzeba przeczytać - mówi.
Ale jest przeciwnikiem
Prof. Włodzisław Duch ,
wiceminister nauki, mówił w ub. tygodniu w Sejmie, że ustalanie limitów naruszyłoby autonomię
uczelni:...
Wprowadzenie takiego zapisu byłoby bardzo trudne i
budziło powszechny sprzeciw środowiska. Pojawiłyby się spory, czemu w
naszej dziedzinie jest pięć, a w waszej 20 osób...
Żałośni utytułowani decydenci, patologiczne instytucje szkolnictwa wyższego i nauki nie zauważają ani spadku demograficznego ani drastycznego poziomu kształcenia, ani emigracji z Polski ludzi wykształconych. Byle kilka tysięcy więcej do wakacji!
Więcej:
TUTAJ