Aktualności

Narodowe Centrum Nauki

niedziela, 17 listopada 2013

Problemy kwalifikacji do nadawania stopni naukowych na przykładzie recenzji habilitacyjnej dorobku naukowego dr Sabiny Bober

Habilitacja, jakiej jeszcze nie było

ks. prof. zw. dr  hab. Zygmunt Zieliński

 

1.      Przebieg w Komisji habilitacyjnej i Radzie Wydziału Nauk Humanistycznych KUL

Dnia 17 października 2012 r. Rada Wydziału Nauk Humanistycznych KUL(Rada WNH) podjęła uchwałę w sprawie nadania mi stopnia doktora habilitowanego nauk humanistycznych w dziedzinie nauk humanistycznych w dyscyplinie historia (dalej jako uchwała Rady WNH)
Mocą § 1 uchwały Rada WNH nie nadała mi stopnia naukowego doktora habilitowanego nauk humanistycznych w dziedzinie historia.
W § 2 uchwały Rada WNH uzasadniła odmową nadania stopnia naukowego zapoznaniem się z uchwałą Komisji habilitacyjnej z dnia 12 września 2012 r. w sprawie postępowania o nadanie stopnia doktora habilitowanego (dr Sabinie Bober) oraz recenzjami  dorobku naukowego (dr Sabiny Bober) sporządzonymi przez prof. dr hab. Władysławę Szulakiewicz, dra hab. Mieczysława Ryby, prof. KUL, dr hab. Hannę Konopkę, prof. Wyższej Szkoły Administracji Publicznej w Białymstoku oraz opinią prof. dr hab. Bohdana Łukaszewicza z UWM w Olsztynie i stwierdzeniem, że "mimo pozytywnej konkluzji prof. dr hab. Władysławy Szulakiewicz - recenzja jest w istocie negatywna". Rada WNH przytoczyła także wybrany przez nią fragment uchwały Komisji habilitacyjnej brzmiący "recenzja p. dr hab. Konopki zawiera zarzuty w znacznej części pokrywające się z uwagami p. prof. Władysławy Szulakiewicz". Z tego zestawienia Rada WNH wywiodła ostateczny wniosek uzasadniający odmową "że z trzech przedstawionych recenzji oceniających mój dorobek naukowy dwie są de facto negatywne". W związku z uznaniem przez Radę WNH, że dwie spośród trzech recenzji są negatywne, uznała ona, że stanowi to wystarczające uzasadnienie odmowy przyznania mi stopnia naukowego doktora habilitowanego. Tyle z odwołania od, bez wątpienia krzywdzącej, opartej na niezgodnym z votum jednej z recenzentek, decyzji Rady Wydziału Humanistycznego KUL.

        2. Osobliwa recenzja

        Prawdziwym curiosum jest jednak recenzja habilitacyjna dorobku naukowego dr Sabiny Bober pióra dr hab. Hanny Konopki, profesora Wyższej Szkoły Administracji Publicznej im. Stanisława Staszica w Białymstoku. Elaborat liczący 28 stron przedstawiony przez autorkę jako recenzja habilitacyjna, takową w żadnym przypadku nie jest. Wprawdzie dama licząca sobie 62 lata, habilitowana na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim na Wydziale Humanistycznym w 1996 r. (wtedy nie miał on zmienionej w 2005 r. nazwy, kiedy dodano słowa: Jana Pawła II) wystartowała z recenzją habilitacyjną, bodajże czy nie po raz pierwszy w życiu, właśnie w 2012 r. w przypadku wyżej podanym.
        Skomentowanie tej recenzji wymagałoby tekstu o objętości co najmniej kilkudziesięciu stron, gdyż każda "rewelacja" w niej zawarta wymaga merytorycznego odniesienia się. Ponieważ jednak recenzja pani Konopki jest w Internecie, można sobie ten trud podarować, odsyłając zainteresowanych do tego zadziwiającego utworu.
        Mam już pracę dydaktyczną za sobą, a w sumie w historii działam od ponad 50 lat. Toteż zdarzyło mi się pisać kilkadziesiąt recenzji habilitacyjnych, profesorskich, doktorskich nie liczę. Sam zresztą wypromowałem 45 doktorów, z których ponad połowa się habilitowała, a kilku ma już tytuły profesorskie, nie wiadomo dlaczego nazwane belwederskimi, ale mniejsza z tym. Wspominam o tym, gdyż chcę po prostu zaznaczyć, że wiem, jak się pisze recenzje, obojętnie jakie, bo w tym względzie obowiązują surowe normy. Recenzja może uwypuklić zarówno czyjeś zalety i wiedzę, a może też wdeptać człowieka w ziemię. O recenzji pani Konopki nie można powiedzieć ani jednego ani drugiego, gdyż recenzją jej elaborat nie jest, co, każdy zainteresowany w tym względzie i znający zasady recenzowania takiego dorobku, sięgając do Internetu, może stwierdzić bez trudu. Dlaczego utwór p. Konopki nie jest recenzją?  Z prostej przyczyny, gdyż jest paszkwilem. To przede wszystkim. A ponadto posiada zasadniczy brak: nie zawiera charakterystyki recenzowanego dorobku, co z kolei jest wymogiem rudymentarnym. Należy więc jasno przedstawić najpierw jego treść, a następnie się do niej ustosunkować. Czytelnik recenzji powinien zyskać jednoznaczny obraz osiągnięć habilitanta. Tego w recenzji pani Konopki nie ma, ponieważ widocznie zabrakło jej umiejętności uchwycenia istoty ocenianych prac habilitantki. Chodzi tu zresztą w istocie tylko o książkę  pani Bober pod tytułem Walka o dusze dzieci i młodzieży w pierwszym dwudziestoleciu Polski Ludowej  liczącą 433 strony tekstu i 50 stron zestawień literatury i źródeł. Recenzentka po prostu wycięła z kontekstu tej monografii kilkadziesiąt zdań, często nie całych, ale we fragmentach, i dorabiając do tego swój komentarz faszerowany prymitywnymi złośliwościami - stąd właśnie paszkwilancki charakter jej tekstu. Jako całość   zdradza on chęć niszczenia dorobku habilitantki. Ponieważ czyni to w sposób prymitywny, intencje jej są aż nadto przejrzyste. O jej wprost zdumiewającym, miejscami zabawnym, zarozumialstwie, świadczy fakt, że w ani jednym miejscu nie popiera swe "światłej" krytyki czyjąś opinią, zaczerpniętą ze źródła czy opracowania, poprzestając na odwołaniem się do własnego autorytetu, ewentualnie wiedzy encyklopedycznej, choć stosuje krytykę totalną, nie znajdując w książce pani Bober żadnej pozytywnej wartości.
Pani Konopka zatytułowała swą recenzję następująco: Recenzja rozprawy habilitacyjnej dr Sabiny Bober, Walka o dusze dzieci i młodzieży w pierwszym dziesięcioleciu Polski Ludowej. Wydawnictwo KUL, Lublin 2011, s. 438 oraz ocena jej dorobku naukowego. Pomijając fakt, że pani Bober nie przedstawiła "rozprawy habilitacyjnej", a tylko całość swego dorobku liczącego w sumie 48 pozycji, pani Konopka poświęciła w swej recenzji liczącej 28 stron, 24 z nich owej "rozprawie habilitacyjnej", niemalże ignorując pozostaly dorobek habilitantki, bardzo pobieżnie i chaotycznie potraktowany na dwóch i pół stronach, gdzie sili się na krytykę kilku artykułów pani Bober. Zważywszy na to, że dorobek tej ostatniej obejmuje 48 pozycji, w tym pięć książek, taka jego ocena musi zaskakiwać i prowadzić do skrajnych konkluzji, m. in. do założenia, że pani Konopka po prostu zapoznanie się z dorobkiem pani Bober uznała za zbyteczne, ponieważ z góry zakładała negatywną jego ocenę.  Najbardziej męczące w czytaniu elaboratu pani Konopki jest albo zupełne niezrozumienie przez nią tego, co sama pisze, albo naginanie tekstu p. Bober do swoich, względnie czyichś,  potrzeb. Nie można tu tego zjawiska zegzemplifikować w całej rozciągłości, gdyż zajęłoby to kilkadziesiąt stron. Kilka przykładów trzeba jednak dać. Oto pierwszy lepszy z brzegu: na s. 2 swego tekstu wyrywa pani Konopka z kontekstu  jednego z artykułów pani Bober stwierdzenie, że w nauczaniu biskupów polskich w okresie PRL często pojawiały się wątki profesjonalnie ateistyczne, które dotykały kwestii moralnych względnie religijnych ...  I dalej inny wyrwany fragment z tekstu pani Bober mówiący o tym, że Kościół teoretycznie poddany wielu ograniczeniom, mógł mimo wszystko działać... A oto komentarz pani Konopki: "Badając inny wycinek stosunków między państwem a Kościołem w latach 1944-1961 nie spotkałam się z ani jednym przypadkiem "podobnego nauczania", bowiem Kościół poddany był wielu praktycznym ograniczeniom - najczęściej administracyjnym". Koniec wywodu pani Konopki. Otóż dowodem nie do odparcia na rzekome nieuctwo pani Bober ma być tylko fakt, że pani Konopka z czymś się nie spotkała. A tak nawiasem mówiąc, w swojej książce ma temat nauczania religii mogłaby znaleźć wiele miejsc dowodzących, że nie "spotkała się ona" także z tym czy innym źródłem. Gdyby pani Konopka, pisząc swą pracę o nauczaniu religii zwróciła uwagę na doświadczenia osób uczących religii w uwzględnionym przez siebie czasie, mogłaby z łatwością zweryfikować pewne swe informacje zaczerpnięte ze źródeł pisanych, głównie akt normatywnych. Żaden recenzent przy zdrowych zmysłach, nie zaślepiony stronniczością, nie czyniłby jej zarzutu z powodu pominięcia tych źródeł, ponieważ dobór źródeł, to nie rzecz recenzenta, ale autora pracy. Ucząc w czasie opisywanym przez panią Konopkę religii we wszystkich niemal typach szkół, łącznie z domem poprawczym, mógłbym na ten temat sporo powiedzieć, bynajmniej nie z korzyścią dla pracy habilitacyjnej pani Konopki. Mam wrażenie, że podarowali jej to także recenzenci jej habilitacji odbytej na KUL w 1996 r. I słusznie, bowiem recenzent w takim przypadku musi przede wszystkim uchwycić całokształt meritum czyjegoś dorobku. Brak umiejętności w tym zakresie rzuca się jednak w przypadku recenzji tu omawianej ewidentnie w oczy. Nie wiem, ile w ogóle recenzji ma na swoim koncie  pani Konopka, ale nie może to być znacząca ilość, skoro popisuje się ona  niedorzecznościami, w dodatku powołując się buńczucznie  na wymogi naukowości. Otóż warto wiedzieć, że to, co wyżej zostało przez nią tak unicestwione w artykule p. Bober, bo stale o nim mowa, dotyczyło abpa Tokarczuka, który nie tylko artykułu nie skrytykował, ale go, podobnie jak inne prace pani Bober, publicznie pochwalił, podkreślając jego rzeczowość i wierny obraz rzeczywistości w nim zawarty. Okazuje się jednak, że pani Konopka lepiej zna agendy abpa Tokarczuka niż on sam.  Poza tym, biskupi, zwłaszcza prymas Wyszyński poruszali bardzo często tematykę profesjonalnie - właśnie profesjonalnie, a nie propagandowo - ateistyczną, gdyż musieli ją konfrontować z indoktrynacją, której tezy podważali. Kościół był faktycznie poddany wielu prawnym, ale można też powiedzieć, że często raczej teoretycznym ograniczeniom, gdyż gdyby je wszystkie wprowadzono w czyn, nie mógłby w ogóle działać na wielu polach. To są rzeczy, o których z doświadczenia dobrze wie każdy starszej generacji ksiądz, a powinien wiedzieć także każdy historyk zabierający w tej sprawie głos.  Gdyby pani Konopka. trochę poczytała bogatej na ten temat literatury, nie musiałaby, lub nawet nie mogła, pisać takich nonsensów, w dodatku czyniąc z nich narzędzie niszczenia czyjejś pracy naukowej, dodajmy doskonale udokumentowanej. Pani Bober nie ma widocznie szczęścia do pań recenzentek, gdyż także w  drugiej, wprawdzie pozytywnej dla niej recenzji, znalazła się wzmianka, że oparła ona swą pracę Walka o dusze ... na literaturze przeplatając tekst cytatami wziętymi ze źródeł. Nawet tej pracy nie czytając, a tylko przeglądając odnośniki, można się przekonać, że ich 80 % zaczerpniętych jest właśnie ze źródeł, nota bene bardzo zróżnicowanych. Autorka wykorzystała 18 archiwów, na co obie recenzentki nie zwróciły najmniejszej uwagi. Można wybaczyć tak powierzchowne, a bez wątpienia krzywdzące stwierdzenie, jak wyżej przytoczone. Natomiast poza wszelkie normy, już nie naukowości, a przyzwoitości wykracza to, co z kolei pani Konopka pisze na temat książki pani Bober o parafii Matki Boskiej Królowej Polski. Cytuję: "Dr Sabina Bober jest także autorką książki Parafia Matki Bożej Królowej Polski. Pierwsze ćwierćwiecze. Oaza solidarności. To popularyzatorskie opracowanie, o którym autorka nieskromnie pisze, że książka wyróżnia się w gronie podobnych prac (Autoreferat. S. 10) jest w jakimś stopniu zasługą osób, które dokonały wysegregowania akt parafialnych lub uczestniczyły w kwerendzie niektórych materiałów i w konsultowaniu autorki. Zwraca na to uwagę ks. prof. Zygmunt Zieliński we wstępie do tej niewielkiej książeczki. Pozostawia to wątpliwości co do zakresu udziału dr Bober w całości prac nad przygotowaniem koncepcji, zbieraniem źródeł i opracowań. Uczucie niedosytu po lekturze spowodowane jest brakiem wstępu napisanego przez autorkę, gdyż wstęp ks. prof. Zielińskiego zawiera wiele niedomówień i pozostawia sporo niejasności. Znakiem zapytania należy także opatrzyć jeden z podtytułów książki: Oaza solidarności, gdyż jej lektura, a także okładki wskazują na parafię jako oazę Solidarności." Tyle pani Konopka. W tej ocenie mieszają się ze sobą następujące sprawy: najpierw jest to na siłę robiona tendencyjność, żeby szukać dziury w całym - umyślnie wybrałem ten fragment tekstu pani Konopki, bo taki sposób jej komentarza obecny jest w całej "recenzji" na każdym kroku, następnie fantazjowanie poświęcone temu, co w książce jest jasne i jednoznaczne. Ponieważ nie można było znaleźć pretekstu w samym opracowaniu, którego z całą pewnością  pani Konopka nie czytała, ograniczając się najwyżej do wstępu, dlatego puszcza ona wodze fantazji, interpretując przedstawione we wstępie, przyznaję skomplikowane, drogi do materiałów źródłowych. Pani Konopka nie wie widocznie, że zlecanie kwerendy ze wskazaniem jej przedmiotów jest ogólnie stosowane i zajmują się tym nawet specjalne biura. Nie wiem, jakie ma pani Konopka doświadczenie w tym względzie sięgające ośrodków krajowych i zagranicznych. Jednak p. Bober  nie zleciła nikomu kwerendy, a tylko skorzystała z tego, że proboszcz parafii sam w biurze wyszukał teczki dotyczące sprawy, ponieważ akta kancelarii parafialnej to nie archiwum, a korzystanie z nich uzależnione jest od rządcy parafii. Dlatego o kwerendzie w ścisłym tego słowa znaczeniu nie może być mowy.  Konsultacja z kolei, to rzecz w nauce nie tylko przyjęta, ale wręcz zalecana i gdyby pani Konopka z takowej skorzystała, to potrafiłaby nawet tę, być może pierwszą w  swym życiu recenzję habilitacyjną napisać tak, jak należy, nie wdając się w modus plotkarski, godny raczej Bazaru Różyckiego, a nie gremium naukowego, nawet takiego jak Instytut Historii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II. Jeśli pani Bober korzystała z informacji ustnych, to przecież pisała o parafii, w której budowie uczestniczyli ludzie jeszcze żyjący. Pani Konopka, zamiast zarzucać pani Bober brak skromności, mogłaby lepiej zapoznać się choćby z kilkoma analogicznymi pracami na temat parafii, co pomogłoby jej właściwie ocenić monografię  pani Bober, oczywiście pod warunkiem, żeby pofatygowała się ją przeczytać. Wstęp napisany przeze ks. Zielińskiego zawiera wszystko, co wymaga w przypadku tej pracy wyjaśnień, a pisząc o niedosycie, powinna pani Konopka określić jego przedmiot. Czyniąc zarzut z błędu literowego w tytule, sama też nie ustrzegła się błędu nie dając wyrazu Solidarność w cudzysłowie. Gdyby piszący te słowa chciał naśladować mentalność pani Konopki, musiałby jej wytknąć jeszcze większy błąd, gdyż solidarność w jej wersji może także odznaczać fabrykę słodyczy w Lublinie. To, co piszę w tej chwili jest, oczywiście, bez sensu, wyznaję to otwarcie, ale po prostu pragnę unaocznić efekt posługiwania się podobnymi kryteriami, jakich używa pani Konopka w swym elaboracie. Zachodzi tu także rzecz, obok której nie sposób przejść obojętnie.  W tym, co pisze pani Konopka kryje się ledwie zawoalowana insynuacja, podważająca autorstwo pani Bober w odniesieniu do wymienionej ksiązki, a to jest już bezpodstawnym pomówieniem, co nie wymaga komentarza, a w recenzji jest czymś więcej niż brakiem wiedzy o ocenianym przedmiocie. Po prostu recenzentka nie gardzi żadnym, nawet najprymitywniejszym sposobem pognębienia nie tyle ocenianego przez siebie dzieła, ile jego autorki. W ocenach tak ważnych, jak habilitacja jest to niedopuszczalne, a winę ponosi tu nie tylko autorka takich dywagacji, ale wszyscy, którzy ją do tego upoważnili. Powinno się koniecznie badać nie tylko kompetencje osób ubiegających się o stopnie naukowe, ale także, a może nawet w pierwszym rzędzie, tych, którzy o takim awansie mają decydować. Ich brak kompetencji, to uszczerbek nie tylko dla nauki, ale także dla powinności czysto ludzkich. Pani Konopka. wykazała dobitnie, że nie posiada wystarczających kwalifikacji naukowych, i to nie tylko do sporządzania ocen czyjegoś dorobku.
        We wprost karygodny sposób zlekceważyła ona całokształt  dorobku naukowego dr Bober, wzmiankując na jego temat dosłownie na  2,5  stronach (s. 2-3 recenzji). W końcu dr Bober przedstawiła, co wyżej zauważono,  48 pozycji swego dorobku. Sam byłem recenzentem habilitacji na Instytucie Historii Wydziału Humanistycznego KUL, gdzie prócz pracy habilitacyjnej habilitanci przedstawiali 8 lub 12 artykułów wcale nie wielkich lotów i habilitacje przechodziły. Pani Konopka. 47 pozycji dorobku pani Bober potraktowała, jak gdyby one faktycznie nie istniały, ograniczając się do niedbałej, a niszczącej krytyki kilku z nich. Prócz  "rozprawy habilitacyjnej", której omówienia brak, bo zastępuje je mozaika wyrwanych z kontekstu i po swojemu przez p. Konopkę skomentowanych zdań, w dorobku p. Bober  znajduje się  tam 5 pozycji książkowych i jedna współautorska.  O książce poświęconej parafii lubelskiej znalazła się opinia, której poziom wyżej scharakteryzowano, inne pozycje prostu pominięto w ocenie. Ten lekceważący stosunek recenzentki do ocenianego dorobku należy skonfrontować z jej własnym dorobkiem, który jest znacznie skromniejszy od tego, co zaprezentowała dr Bober. Żeby nie być gołosłownym posłużymy się faktami: W Internecie jako najważniejsze swe pozycje podaje p. K. następujące:

1. Problemy edukacji historycznej i obywatelskiej młodzieży w latach 1918-1939, Warszawa 1986   (współautor).
2.  Edukacja historyczna w polskich szkołach powszechnych 1918-1939, Białystok 1987.
3.  Religia w szkołach Polski Ludowej. Sprawa nauczania religii w polityce państwa 1944-1961, Białystok i uzupełnione1995; wyd. II - poprawione, Białystok 1997.
4. 17 lat nauczania religii w Polsce Ludowej. Wybór dokumentów, opr. H. Konopka, Białystok 1998.
5. Leksykon historii Polski po II wojnie światowej 1944-1997, Warszawa 1999 (współautor).
6. Wiedza o społeczeństwie. Wychowanie obywatelskie w gimnazjum. Przewodnik metodyczny i program nauczania, Warszawa 1999.
7. Wiedza o społeczeństwie. Wychowanie obywatelskie. Podręcznik dla gimnazjum, Warszawa 1999.
8.  Edukacja europejska. Ścieżka edukacyjna dla gimnazjum, Warszawa 2000.
9. Wiedza o społeczeństwie. Wychowanie do aktywnego udziału w życiu gospodarczym. Przewodnik metodyczny i program nauczania, Warszawa 2000.
10. Wiedza o społeczeństwie. Wychowanie do aktywnego udziału w życiu gospodarczym, Warszawa 2000 (współautor).
        Nie trzeba się specjalnie zagłębiać w meritum poszczególnych publikacji, żeby stwierdzić, iż tożsamość występuję w przypadku pozycji 1 i 2 oraz 6, 9, 10,  a dalej 3 i 4. Są to więc w sumie, gdy chodzi o podjętą problematykę 3 pozycje oryginalne. Z kolei pozycja nr 8 byłaby jako novum merytoryczne czwartą. Co zaś do pozycji 5, to powstaje pytanie, czy autor artykułów leksykalnych może nazwać się współautorem leksykonu. Nie przyszło mi do głowy, żeby określić się jako współautor Encyklopedii Katolickiej, choć mam tam kilkadziesiąt haseł.
        Na tle tej pobieżnej analizy najważniejszych publikacji pani Konopki jawi się pytanie czy wymóg ustawowy, jak by nie było, nakazujący dobieranie recenzentów z grona  renomowanych znawców recenzowanych zagadnień jest tylko pustym frazesem. Casus pani Konopki na to by wskazywał.
        W Uchwale Komisji habilitacyjnej z dnia 15 września 2012 r. w sprawie postępowania o nadanie stopnia doktora habilitowanego dr Sabinie Bober w dziedzinie nauk humanistycznych w dyscyplinie historii czytamy: "Recenzja Pani Profesor  (Konopki - ZZ) zawiera zarzuty w znacznej mierze pokrywające się z zarzutami prof. Władysławy Szulakiewicz. Recenzentka wskazała na skromny dorobek naukowy Habilitantki". Wystarczy porównać recenzje p. Konopki i p. Szulakiewicz, żeby się przekonać, jak fałszywe jest to zdanie. A co do skromnych rozmiarów dorobku pani Bober legitymującej się 48 pozycjami, nie powinna się wypowiadać osoba, która swoje kwantum dorobku multiplikuje powtarzaniem tych samych publikacji i podawaniem ich jako nowe publikacje.
        Oczywiście od strony formalnej, zarówno recenzje p. dr hab. Ryby jak pani prof. Szulakiewicz nie nastręczają żadnych wątpliwości. Recenzja pani Konopki nie odpowiada normom przyjętym w żadnej recenzji, a tym bardziej habilitacyjnej. Po prostu, ona tego nie potrafi robić.
         Trudno się zgodzić ze twierdzeniem pani prof. Szulakiewicz, iż kilka czy kilkanaście publikacji na temat historii wychowania wyczerpuje problem podjęty przez p. Bober, co należy rozumieć, jako niemożność napisania w tym względzie niczego oryginalnego. Po pierwsze dorobek pani Bober nie jest z tej dziedziny, którą sugeruje p. Szulakiewicz, a nawet gdyby był, to czy kilka tysięcy prac poświęconych Bismarckowi zamyka drogę piszącym na jego temat. Uważam, że najnowsza biografia Bismarcka pióra profesora Trzeciakowskiego  ma swoją rację bytu. Poza tym prof. Szulakiewicz ocenia książką p. Bober Walka dusze według kryteriów przyjętych w studiach pedagogicznych, dlatego mogła napisać, że: "autorka chociaż zna metodę historyczną i zebrała źródła archiwalne, to nie zna i nie rozumie specyfiki badań historyczno-oświatowych. Dlatego nie potrafiła oddać rzeczywistości edukacyjnej w jej faktycznym wymiarze, interpretując opisane zjawiska jednowymiarowo, w perspektywie owej walki o dzieci i młodzież, przyjmując jedynie polityczny punkt widzenia". Mocne to słowa i równie niesprawiedliwe, a także nie do końca zrozumiałe. Ale dla oceniającego książkę tę jako szeroko zakrojoną monografię ujmującą właśnie zjawiska towarzyszące tworzeniu "nowego człowieka i nowego społeczeństwa" od strony celów politycznych i narzędzi ich realizowania - a tym książka jest - nie zaś od ciasnej ścieżki pedagogiczno-wychowawczej, słowa pani prof. Szulakiewicz nie zawierają werdyktu niszczącego dzieło.  Są co najwyżej nieporozumieniem, zdarzającym się nierzadko, kiedy wypowiada ktoś na temat obcej sobie dziedziny.

        Kończąc ten wywód muszę jednak nawiązać do sprawy zasadniczej.
1.      Przywołany wyżej protokół Komisji habilitacyjnej przedstawia dorobek naukowy i kwalifikacje do habilitacji p. dr Bober w sposób wyłącznie negatywny, co nie odpowiada prawdzie, gdyż nie zgadza się ani z treścią dwóch recenzji a także opinii większości członków Komisji..
2.      Rada Wydziału Humanistycznego KUL podjęła decyzję negatywną w stosunku do habilitacji pani dr Bober po zapoznaniu się z nieprawdziwymi przesłankami zaprezentowanymi przez jej przewodniczącego, dziekana Łaszkiewicza, który jednoznacznie pozytywne votum pani prof. Szulakiewicz przedstawił jako votum negatywne. Brak protestu ze strony pani Szulakiewicz wobec tak istotnego zniekształcenia jej oceny pozostaje jej tajemnicą. Werdykt  Komisji habilitacyjnej brzmiał: 4 pozytywne głosy, 1 negatywny, 1 wstrzymujący się, przy jednym członku Komisji nieobecnym.
3.      Ponieważ zachodzi w tym przypadku oczywiste fałszerstwo, należy cały przewód uznać nieważny, a winnych nadużycia pociągnąć do odpowiedzialności karnej.
4.      Osobna sprawa, to poważna wątpliwość, czy Rada Wydziału manifestująca tak niefrasobliwy stosunek do stawianych jej zadań, w tym przypadku podejmowania decyzji tak ważkiej dla kariery naukowej i w ogóle życia drugiego człowieka, posiada w ogóle kwalifikacje do nadawania stopni naukowych, zwłaszcza w rodzaju habilitacji i czy profesur? W dodatku trzeba stwierdzić, że ogromna większość jej członków nie ma nic wspólnego z historią.
 
Lublin, dnia 12 listopada 2013 r.         

23 komentarze:

Anonimowy pisze...

rTo dobrze, że tej instytucji CK odebrała prawo do nadawania stopni i tytułów naukowych. Taki zakaz powinni mieć dożywotnio.

Anonimowy pisze...

Nic dodać nic ująć, świetna analiza i wykazanie braku kompetencji zarówno recenzentki z Białegostoku jak i rady wydziału KUL. Takie osoby nie mogą w żadnym przypadku decydować o karierze naukowej drugiego człowieka. Dobrze, że ktoś to w końcu zauważył.

IH pisze...

Warto zwrócić uwagę, że szczegółowa analiza ks. prof. Zielińskiego dotyczy tylko przypadku recenzji habilitacji dr S. Bober. Jednak, takie rzeczy się dzieją również na wielu innych wydziałach i uczelniach z powodu bierności środowiska akademickiego.

Anonimowy pisze...

Dlatego takie sytuacje należy piętnować. Dobrze, że zrobił to tak wielki autorytet naukowy jak ks. prof. Zieliński. Wiele osób jest podobnie doświadczana, ale boją się to nagłaśniać i walczyć o swoje, a to błąd. Pozytywnym przykładem jest postawa właśnie tej Pani, która oby tak dalej wygrywa z taką instytucją jak KUL, do tego noszący imię przyszłego świętego.
Nie można stać biernie i patrzeć na takie łajdactwa. Gratuluję pomysłodawcom tego bloga.

Anonimowy pisze...

Ksiądz profesor Zygmunt Zieliński, wieloletni wykładowca KUL, aktualnie emerty, do dziś zajmujący kilkupokojowe mieszkanie służbowe uczelni. Podły to ptak, co tak własne gniazdo kala...

Anonimowy pisze...

Po przemęczeniu donosu prof. Zielińskiego nasuwa się radosne: nareszcie koniec tej demagogii (przepraszam: dialektyki) zarzucającej recenzentowi dokładnie to, co sam uprawia!

Anonimowy pisze...

W końcu ks. Zieliński nazwał rzeczy po imieniu. Taka rada wydziału na czele z dziekanem, od oddechu którego można świeczki zapalać powinna mieć dożywotni zakaz nadawania stopni i tytułów naukowych. Miejmy nadzieję, że CK tym się zajmie.

Anonimowy pisze...

"Taka rada wydziału (..) powinna mieć dożywotni zakaz nadawania stopni i tytułów naukowych."
Taka wypowiedź o dożywotnim zakazie dla ciała zbiorowego i osoby prawnej, powinna miec zakaz obecności w sieci. Kto wpuścił na portal gimnazjalistów?!

Anonimowy pisze...

Jak widać, dyskusje tego rodzaju nie mają nic wspólnego z meritum sprawy; dają okazję do wyrzucenia z siebie (żeby nie powiedzieć brutalniej) wrogości, nienawiści, żądzy krwi. A czy szanowni dyskutanci zapoznali się z inkryminowanymi przez p. Zielińskiego recenzjami? A może któryś z "dyskutantów" zapoznał się z dorobkiem sponiewieranej geniuszki p. S.B.?

Anonimowy pisze...

Widać że genialna rada wydziału ruszyła, by się bronić na forum. ale jest to głos wołającego na puszczy pijaka.

Anonimowy pisze...

No, no, Ksiądz Profesor Zieliński "obiektywnie" przejechał się po obu Paniach Profesor, które nie chciały uznać wybitności Pani Bober, tylko zapomniał dodać, że: 1. był promotorem pracy magisterskiej p. Bober; 2. był promotorem pracy doktorskiej p. Bober; 3. razem publikowali. To znaczy, że roniąc Bober broni siebie. Gratuluję "obiektywizmu".

Anonimowy pisze...

A ciebie nikt, by nie bronił, bo musisz najpierw coś napisać a widać, że pracowitością naukową nie grzeszysz.
Zresztą zostaliście dobitnie ośmieszeni przez media.
Dobrze, że ten artykuł jest przez tych geniuszy komentowany, to znaczy, że się boją, a jest czego.
Gratuluję ks. Zielińskiemu tego artykułu.
ps. Konopka z Białegostoku nie jest profesorem a tamta druga nie jest historykiem tylko pedagogiem.

Anonimowy pisze...

Schodzimy do poziomu ataku ad personam. "musisz najpierw coś napisać", "pracowitością nie grzeszysz". Skąd wiesz szanowny Anonimowy, kto pisze te słowa? Natomiast powyżej wykazano, że ks. prof. Zieliński jest osobiście związany z p. Bober, co powoduje, że nie jest obiektywny w tym sporze. W takiej sytuacji nie powinien się wypowiadać, podobnie zresztą jak drugi adwersarz w tej sprawie, czyli prof. Konefał.

Anonimowy pisze...

To jakaś masakra, jak pedagog może oceniać prace z historii, oceniał krawiec kowala, ale w naszym kraju wszystko jest możliwe.
Cieszę się, że ks. Zieliński poruszył tak ważny problem i gratuluję pani doktor wysokiej klasy promotora. Nie każdy by się zdobył na takie słowa.

Anonimowy pisze...

Świetna analiza ks. prof. Zielińskiego. W końcu ktoś nazwał rzeczy po imieniu. Miejmy nadzieję, że nowa minister przyjrzy się "działalności" tej rady, która moim zdaniem powinna mieć zakaz nadawania stopni i tytułów naukowych. Tutaj nie chodzi też o habilitację p. SB ale także nadanie profesury Janowi K za książkę, której nie ma. O tym było w reportażu TVN. Podobno tam takich "ciekawych" przypadków jest znacznie więcej.

Anonimowy pisze...

Cieszę się, że ks. Zieliński poruszył tak ważny problem i gratuluję pani doktor wysokiej klasy promotora. Nie każdy by się zdobył na takie słowa.
Zgadzam się z przedpiszącym: istotą bycia promotorem i recenzentem jest przeciew obiektywizm. A ks. Zieliński był wysokiej klasy naukowcem.
Bardziej mnie martwi fakt, że pani Bober przez tyle lat odwiedzała księdza w jego prywatnym mieszkaniu. Przychodziła sprzątać....

Anonimowy pisze...

Ks. profesor odważył się napisać prawdę i dzięki mu za to. Trzeba mieć nadzieję, że te osoby jakoś za to wszystko odpowiedzą.

Anonimowy pisze...

Jednego w tym wszystkim nie rozumiem. Skoro p. Bober szła nową procedurą habilitacyjną, to znaczy że sama wybierała Radę Wydziału. No to po co wybierała "oszustów", którzy powinni - zdaniem jej mistrza Ks. prof. Zielińskiego - siedzieć w kryminale? No chyba że takimi stali się dopiero, gdy jej nie dali habilitacji, a wcześniej byli dobrzy... Coś tu nie gra...

Anonimowy pisze...

Bardzo ważny problem poruszył ks. profesor. Szkoda, że takie łajdactwa dzieją się na katolickiej uczelni. Tam rektor powinien świecić przykładem. Zgadzam się z przedmówcami. Nowa minister musi pociągnąć do odpowiedzialności tę radę. Życzę Pani doktor dalszych sukcesów w walce z uczelnianą gangreną. Pani jest dla mnie i moich znajomych wzorem!!!

Anonimowy pisze...

He, he... Szlachetny ksiądz, obrońca słabych i pokrzywdzonych! Atakujący uniwersytet Katolicki w TVN i GW! Cóż za obłuda!

Anonimowy pisze...

To nie obłuda, to wygoda: ślimak ślizgający się po własnej ślinie może wspiąć się na najwyższe szczyty, np. lebiody.

Anonimowy pisze...

Czy mógłby ktoś sensownie wytłumaczyć, dlaczego są dwa różne autoreferaty p. dr S. Bober - inny na stronie CK, a inny na stronie Wydziału Historycznego UAM?

Anonimowy pisze...

Recenzje dostępne są w internecie. Na stronie CK. Proszę je przeczytać uważnie. Pani Bober nie ma pojęcia nie tylko o nauce, ale o pisaniu w języku polskim.